Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

Na drzewie, którego owoce przyniósł mi pan Albert, zasadzonym jeszcze przez niemieckich właścicieli, chowałam się w dzieciństwie i przez jego gałęzie obserwowałam świat. Omszała staruszka rodziła niewielkie jabłka, żyłkowane wewnątrz na czerwono i tak soczyste, że ugryzienie powodowało eksplozję słodyczy. Czerwone żyłki przypominały mi pajączka na policzku mojej siostry i odczuwałam podszytą żalem przyjemność, że to soczyste piękno znika. „Alicjo!”, wołał ojciec, „Alicjo, gdzie jesteś!?”, a ja przytulona do pnia jabłoni odzywałam się później, niż powinnam, i ta mała niesubordynacja napełniała mnie jednocześnie poczuciem winy i satysfakcją. Tego roku, gdy umarła moja siostra, jabłoń przestała kwitnąć i ojciec chciał ją wyciąć, ale pan Albert przekonał go, żeby dał jej szansę. Teraz też wyglądał tak, jakby chciał mnie do czegoś przekonać. Zaprosiłam go na herbatę, ale spieszył się na strzeżony parking, gdzie dorabiał, od kiedy wysłano go na emeryturę.

– Musisz mnie tam odwiedzić. – Uśmiechnął się smutnym uśmiechem, który po latach wciąż tak samo rozjaśniał jego oczy.