Za oknem Zamek Książ wyrastał z bukowego lasu i gdy ojciec pracował przy biurku, zawalonym stosami zakurzonych papierzysk i książek, widział tę budowlę, podnosząc oczy znad historycznych opracowań, map i planów. Teraz ja, jego młodsza córka, patrzyłam na Zamek Książ, na kłębiącą się pod jego murami mgłę. Należał on do tych nielicznych rzeczy, które nadal wydawały mi się tak samo wielkie, piękne jak w dzieciństwie. Wprawiłam w ruch stary ścienny zegar i gdy zakołysało się wahadło, poczułam, jak rusza uwięziony tu czas. Coś kliknęło, jakby czas tego domu i mój splotły się dopiero teraz. Pokryta płową skórą kanapa, na której siadałam jako dziecko w tych rzadkich chwilach, gdy ojciec nie był zajęty poszukiwaniami skarbu i czuł się gotów stawić czoło ojcowaniu, wydała pod moim ciężarem dźwięk podobny do westchnienia. Przez chwilę trwałam w bezruchu, starając się nawet nie oddychać, ale nie czułam nic prócz smutku. Skóra kanapy była szorstka i popękana jak pięta starego człowieka, pogłaskałam ją na przywitanie.