Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

Przede mną została już tylko piwnica. Gdy otworzyłam drzwi pod schodami, stęchły zaduch buchnął mi w twarz, zgromadzone tam powietrze było jak ektoplazma pod ciśnieniem. Ektoplazma, jak moja siostra lubiła to słowo! „Gdy oddychasz na mrozie, Wielbłądko, z twoich ust wychodzi specjalny rodzaj pary, która nie znika, lecz gromadzi się w mysich dziurach, kocich uszach i opuszczonych gniazdach wron. W białych jagodach śnieguliczki, w mleku ze złotym kapslem i białej czekoladzie Milka z Enerefu”. „Po co?” „Jak to po co! Powstaje z niej ektoplazma”, mówiła. „Wystarczy domieszać trochę łez, dosypać węglowego pyłu i gotowe”. Gdy las koło naszego domu tonął we mgle, która podchodziła aż pod mury Zamku Książ, jak dziś, mówiła scenicznym szeptem: „Patrz, Wielbłądko, bój się, siuśmajtko, to kipi ektoplazma, rodzą się duchy”. Ewa wszędzie czuła obecność czegoś spoza zwykłego świata, w którym żyła większość śmiertelników. Bez wahania zeszłaby ze mną do piwnicy, przed którą stałam teraz nieco wytrącona z równowagi, bo światło nie działało, i przez moment wydawało mi się, że znów słyszę podziemne pukanie.