Na schodach prowadzących w mrok zapytałam „jest tu kto?”, jakbym grała w kiepskim filmie o nawiedzonym domu i bojaźliwej kobiecie. Zrobiłam krok do przodu, i następny, świecąc sobie latarką. Pod ścianami piwnicy piętrzyły się stosy papierzysk zbite w brunatną masę: roczniki czasopism, które prenumerował ojciec, nieprzydatne notatki, mapy prowadzące donikąd, listy, które wymieniał z innymi poszukiwaczami skarbu ukrytego pod Zamkiem Książ. Mój wzrok wyławiał z mroku kolejne porzucone sprzęty, z których część pozostawiona została przez niemieckich właścicieli domu, gdy w pośpiechu opuszczali miasto po wojnie: maszyna Singer z metalowym szkieletem i napisem „Waldenburg”, obrazek z Aniołem Stróżem wiodącym dzieci przez kładkę nad przepaścią, brzydkie porcelanowe figurki pasterek i myśliwych pokryte tłustym kurzem. Nasze rzeczy osiadły na tych wcześniej porzuconych jak kolejna warstwa zostawiona przez cofający się lodowiec i niszczały teraz razem z nimi.