Tego misia wielkości dwulatka ojciec przywiózł dla mnie z NRD. Pojechał tam na jedną ze swoich wypraw, z których wracał po kilku dniach albo tygodniach uboższy o parę złotych i bogatszy o kolejną mapę podziemi Zamku Książ, lepszą od poprzedniej, z pewniejszego źródła, jak nas zapewniał. We wschodnim Berlinie spotkał się wtedy z Niemcem z Argentyny, a może z Boliwii. „O, ten wie takie rzeczy, że włos się jeży!”, opowiadał nam podekscytowany. „Dzięki tej mapie jestem w domu”, cieszył się i błyszczały mu oczy, a ja nie śmiałam sprostować, że jego dom jest tu, z nami, a nie pod ziemią. Wkrótce ojciec ruszał z nową mapą na poszukiwanie skarbu, pełen animuszu machał do nas ze ścieżki prowadzącej do zamku i wracał raz jeszcze pokonany. Nazwałyśmy rudego misia Hans i wieczorami Ewa opowiadała mi historie Hansa, Niemca z NRD, zamiast bajek o księżniczkach i książętach. „Guten Abend, meine kleine!” Stawała się Hansem moja piękna siostra, mówiła grubym głosem z niemieckim akcentem i opowiadała o przygodach Hansa na froncie, o jego spotkaniu z czterema pancernymi i o skarbie, który ukryty jest pod Zamkiem Książ. „Tylko Hans wie, jak tam dotrzeć, meine kleine!