Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

– A ja swoją Barbie spaliłam w piekarniku – powiedział nagle wysoki dziecięcy głosik, ale nikt nie zareagował na tę rewelację.

Bieda brzmi wszędzie tak samo, a jeden z jej dźwięków to wysysanie resztek z dziurawych zębów, spod byle jak zrobionych koronek, zasysanie i cmok, cmok. Siedzący obok mnie mężczyzna w grubym, wełnianym swetrze zwinął papier po kanapce, cmoknął zaczepnie i spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi oczami twardymi jak chitynowe pancerzyki. Poczułam się, jakbym znów była studentką i jechała do Wałbrzycha po piątkowych zajęciach. Nie robiłam tego często, ale raz na trzy, cztery miesiące odwiedzałam ojca i pana Alberta. W tamtych czasach nieustannie zmieniałam wygląd, a przy bardzo ograniczonych środkach najłatwiej zrobić coś z włosami. Czasem sama nie rozpoznawałam się w kolejnym wcieleniu, które z wyrzutem patrzyło na mnie z lustra w odrażającej toalecie pociągu. Moja siostra mówiła, że mam włosy w wielbłądzim kolorze, i nazywała mnie Wielbłądką, a ja już wtedy czułam, że będzie to najpiękniejsze słowo, w jakie ktokolwiek ujmie przeciętność mojego wyglądu.