Przywierałam mocniej do ramienia siostry, bo bałam się, że to, co czuje, słuchając opowieści ojca, oddala ją ode mnie i od tego domu tak bardzo, iż nie zdołam jej dogonić nawet na wielbłądzie w wielbłądzim kolorze. „Księżna Daisy naprawdę nazywała się Teresa Olivia Cornwallis-West i była córką pułkownika brytyjskiej armii królewskiej”, opowiadał nasz ojciec. „Cornwallis-West”, powtarzała nabożnym szeptem Ewa. „Młoda Angielka już wówczas olśniewała urodą”, wzdychał ojciec, a moja siostra prostowała się, przechylała kokieteryjnie głowę, chcąc pokazać to, co wkrótce wielu zauważy: że i ona olśniewa, a więc oczywiste być musi, że jej piękno stanie się początkiem równie pięknej opowieści. „Teresa Olivia Cornwallis-West w wieku osiemnastu lat poślubiła ostatniego właściciela Zamku Książ, Jana Henryka V von Pless, cóż to była za piękna para. Bale, kandelabry, krepdeszyny, tafty, kotyliony”, opowiadał dalej ojciec. „W podróż poślubną pojechali do Paryża, a stamtąd do Egiptu, gdzie z pewnością widzieli wielbłądy”, dodawał specjalnie dla mnie, bo wiedział, że fascynowały mnie te stworzenia, niepiękne wprawdzie, ale uparte i silne.