Po jakimś czasie Daisy zaczęło się nudzić w prowincjonalnym porcie, może dopadła ją pierwsza fala melancholii i chciała ruszać dalej w nadziei, że uda jej się przed nią uciec. Ponaglała więc męża, a książę von Pless poganiał wynajętych poławiaczy i w gorące noce przekonywał młodą żonę, że czeka ich piękne życie na Zamku Książ, a smutek to nic więcej, tylko zmęczenie podróżą i obcym klimatem. Nie chciał słuchać wyjaśnień poławiaczy, że na taką głębokość nie można schodzić raz po raz bez ryzyka, że chłopcy potrzebują więcej wypoczynku. Brakowało jeszcze kilku pereł, by sznur miał idealną długość sześciu metrów. „Sześć metrów”, powtarzała zafascynowana Ewa i pytała, czy to sobie wyobrażam, sznur pereł jak dwa wielkie pytony z wrocławskiego zoo, jak sześć siostrzyczek w wielbłądzim kolorze postawionych jedna na drugiej. Ostatniego dnia połowów Daisy udała się na przejażdżkę łódką, by raz jeszcze popatrzeć z bliska na pracę poławiaczy. Jeden z nurków, ten, który zawsze wyławiał najokazalsze perłopławy, wynurzył się ostatkiem sił z ogromną muszlą. Rzucił ją księżnej do stóp i coś powiedział, patrząc jej prosto w twarz.