Kucałam w piwnicy nad zniszczonym pluszowym misiem z NRD i opłakiwałam moją utraconą siostrę. Miała siedemnaście lat i wiedziała, że odchodzi. Każda opowieść Ewy kończyła się tak samo. Dzięki mapie od księżnej Daisy nasza dzielna trójka poszukiwaczy skarbów, my i rudy Hans z NRD, przedarła się przez labirynt tuneli, pokonała wrogów, jakich nie powstydziłby się agent 007, odgadła sekretny kod i otworzyła wrota, za którymi sznur pereł lśnił w ciemności. Byliśmy blisko, ale zawsze w ostatniej chwili pojawiali się oni. „Kto?” „Musimy ich nazwać, Wielbłądko?” „Tak”. „Dlaczego?” „Bo wszystko jakoś się nazywa, nawet ektoplazma i duchy”. „Dobrze, w takim razie oni to kotojady. Ale z małej litery, bo na dużą nie zasługują”. „Kotojady?” „Właśnie tak!” „Dlaczego kotojady?” „Nienawidzą kotów i koty wyczuwają ich pierwsze, prychają, stroszą sierść i umykają kocimi ścieżkami. Najbardziej czułe na obecność kotojadów są koty mieszkające pod Zamkiem Książ. To niezwykłe zwierzęta! Są czułe jak sejsmografy. Zostawiła je tu na straży księżna Daisy. Niektóre są tak wrażliwe, że gdy zbliżają się kotojady, umierają”. „Na śmierć?” „Niestety, Wielbłądko, nieodwołalnie”, odpowiadała moja siostra.