Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

„Jakie są kotojady?” „Ich skóra jest zimna i gruba, oddech zatruwa powietrze i mąci myśli, sprawia, że człowiek robi się pusty, jakby wyjedzony od środka. I zimny, siuśmajtko, zimny jak trup. Ten, w kogo weszły kotojady, jest zimny jak cała zamrażarka mrożonek z supersamu!” „Kiedy przychodzą?” „Kiedy są otwarte wejścia. Zazwyczaj w listopadzie”. „Jak wyglądają kotojady? Są z Polski, Związku Radzieckiego, czy może z Egiptu?”, dopytywałam się, bo zawsze miałam pragnienie wiedzy konkretnej i pewnej. „Kotojady”, mówiła Ewa, „są wszędzie, za każdym razem przybierają inną postać, Wielbłądko. Są wytrzymalsze od wielbłąda, silniejsze od nosorożca. Żarłoczniejsze niż rekin ludojad. Trwają i żrą. Przenikają przez ściany, przez ciała, a gdy dostaną się do środka, sprawiają, że wszystko gnije i wypełnia się cuchnącą mgłą, jakby zepsuła się cała tona rokpola. Czają się w rurach łazienkowych, w lustrach, w króliczych norach, w kominach i dziurkach w nosie. Pod łóżkami siostrzyczek w wielbłądzim kolorze!” „Jak je rozpoznać?”, nie ustępowałam. „Trzeba zapytać: raz, dwa, trzy, czyś ty dobry, czyś ty zły?”, odpowiadała Ewa, ale to już był żart.