Cienie pośród mroku
Remigiusz Mróz — Kryminały

PROLOG

Ciemność stała się miarą jego rozpaczy. Czuł, że go oblepia, zaciska się na klatce piersiowej, wchłania przez pory i sączy się przez przełyk, wypełniając organy. Była ciężka, oleista, niosła śmierć.

Chodził od ściany do ściany betonowego bunkra, kilka metrów pod ziemią. Żadnego światła, żadnego dopływu powietrza. Żadnej szansy na to, by nadszedł ratunek.

Uważał, by iść tą samą ścieżką co do tej pory. Nie chciał trafić na zwłoki, które leżały obok. Zwłoki jego ofiary.

Stał się zabójcą. Długo przygotowywał się do tej roli, może całe życie. Może jeszcze wcześniej, zanim w ogóle stał się sobą, już nim był. Uśpionym, ale gotowym. Czekającym tylko, by nadać samemu sobie kształt, wypełnić się życiem poprzez odebranie go komuś innemu.

Nie miał komórki, latarki, niczego, czym mógłby oświetlić ofiarę, przyjrzeć się człowiekowi, któremu przed momentem odebrał życie. Nie musiał jednak tego robić, by wyraźnie widzieć jego twarz.

Ciosy, które wymierzył, nie były przypadkowe. Wiedział doskonale, co czynił. Całe jego doświadczenie, gromadzone już od czasów studenckich, nie poszło w las. Miał doskonałe rozeznanie, gdzie i jak uderzać, by zabić.