Jedyne, czego pragnęłam po wyjściu ze szpitala, to uciec od żaru słońca, jego palących promieni i radosnych tłumów na plażach wzdłuż brzegów Rodanu. Lepiej by było, gdyby zginęli zimą, ciemnym wieczorem, podczas ulewnego deszczu, pod szaroczarnym niebem. Nie przy radosnych dźwiękach orkiestry, fajerwerków i śmiechu. Nie w pierwszy dzień lata.
Gdy się upewniam, że słońce na dobre zaszło – wyglądam przez szczeliny w zamkniętych okiennicach – otwieram drzwi. Dzień robi nadgodziny, dlatego jest już późno, musi być dwudziesta druga. Ostatnie czerwone smugi, ślady, jakie na niebie zostawiło zachodzące słońce, bledną i rozpływają się w błękitnoszarym zmierzchu zapadającej nocy. Wypakowuję rzeczy z bagażnika. Walizka na kółkach głucho stuka, gdy prowadzę ją po żwirze. Rytm, który wybija, rezonuje z moimi krokami, podkreśla je, wzmacnia. Poza tym otacza mnie nieprzenikniona, gęsta cisza, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Jakbym w całości została wchłonięta przez las.