– Och… Ma pani wszystko. Świetnie.
Siadamy przy kuchennym stole, by zająć się formalnościami i uzupełnić dane w umowie.
– Jestem zaintrygowany.
Mija kilka sekund, zanim zdaję sobie sprawę, że zwraca się do mnie. Zauważam, że skończył sprawdzać dokumenty, które mu wręczyłam, i teraz, z rękami położonymi płasko na stole, świdruje mnie wzrokiem.
– Słucham?
– Pochodzi pani z okolicy?
– Nie. Z Lyonu.
– Ma pani rodzinę w sąsiedztwie?
Potrząsam głową. Cmoka, żeby podkreślić, że tym bardziej nie rozumie.
– Dziwi mnie po prostu, że samotna młoda kobieta chce zamieszkać na takim odludziu.
Nie otrzymuje ode mnie żadnych wyjaśnień, co kończy naszą rozmowę. Oddaję mu umowę w dwóch egzemplarzach podpisaną niebieskim jednorazowym długopisem marki Bic.
– Dobrze, w takim razie przejdźmy do sporządzenia protokołu zdawczo-odbiorczego.
Zostawiam drzwi otwarte i czekam, aż samochód agenta zniknie na końcu drogi, w gęstym lesie porastającym okoliczne wzgórza. Dopiero wtedy zamykam się w domu. Ciemność, cisza, chłód. Przez długie sekundy stoję oparta o drewniane drzwi, by się upewnić, że mężczyzna nie wróci, że wreszcie jestem sama.