Odwracam się, żeby w końcu złapać oddech, ale światło zmienia się na zielone i tłum rusza przed siebie. Nie mogę płynąć pod prąd tej manhattańskiej rzeki ludzi. Niektórzy nawet nie odrywają wzroku od telefonów. Zatrzymuję się, czekając, aż tłum trochę się przerzedzi. Znów patrzę na miejsce wypadku, skrupulatnie omijając wzrokiem zwłoki. Kierowca z przerażoną miną stoi za swoją ciężarówką, rozmawiając przez komórkę. Nad ciałem pochyla się trzech, czterech ludzi. Kilka osób kierowanych upiorną ciekawością nagrywa tę scenę komórkami.
Gdybym wciąż mieszkała w Wirginii, wszystko wyglądałoby inaczej. Zamarłby cały ruch, wybuchłaby panika i rozległy się krzyki, a po kilku minutach pojawiłaby się ekipa telewizyjna. Na Manhattanie piesi tak często wpadają pod samochody, że ludzie traktują to jak drobną niedogodność. Przyczynę spóźnień albo zniszczenia garderoby. Błahostkę, która nie zasługuje nawet na wzmiankę w mediach.