Mężczyzna otwiera przede mną drzwi kawiarni. Jakaś kobieta próbuje się przecisnąć obok mnie z dwoma kubkami kawy, ale natychmiast się cofa, widząc moją zakrwawioną odzież. Jestem w środku. Ruszam w stronę damskiej łazienki, tylko po to, by odkryć, że jest zamknięta. Mój towarzysz otwiera drzwi męskiej i pokazuje, bym z niej skorzystała.
Nie zamykając drzwi, podchodzi do pierwszej umywalki i odkręca wodę. Spoglądam w lustro, odkrywając z ulgą, że nie wygląda to najgorzej. Kilka zasychających plam na policzkach i nad brwiami. Większość krwi na szczęście wsiąkła w bluzkę.
Nieznajomy podaje mi mokre ręczniki. Ocieram twarz, a on namacza kolejne. Wyczuwam woń krwi. To wystarcza, żebym wróciła myślami do wydarzenia, do którego doszło, gdy miałam dziesięć lat. Zapach był tak silny, że pamiętam go po tylu latach.
Próbuję wstrzymać oddech i pohamować mdłości. Nie chcę wymiotować. Muszę się pozbyć tej bluzki, natychmiast.
Drżącymi palcami rozpinam kolejne guziki, wreszcie zdejmuję ją z siebie i wkładam do umywalki. Zostawiam ją pod strumieniem wody i kolejną partią namoczonych ręczników ścieram krew z ciała.