Robi krok w moim kierunku, po czym strzepuje coś z mojej koszuli. Swojej koszuli. Opuszcza dłoń i patrzy na mnie przez chwilę, a potem się odsuwa.
Kolor jego oczu pasuje do krawata, który schował do kieszeni. Żółtozielone. Jest przystojny, ale coś w nim sugeruje, że wolałby nie być. Tak jakby wygląd sprawiał mu problem. Chciałby być niezauważany. Szuka w tym mieście niewidzialności. Tak jak ja.
Większość ludzi przyjeżdża do Nowego Jorku z nadzieją, że zostaną odkryci. Reszta z nas szuka tu kryjówki.
– Jak masz na imię? – pyta.
– Lowen.
Jego milczenie trwa tylko parę sekund.
– Jeremy – przedstawia się.
Ponownie podchodzi do umywalki, tym razem po to, by umyć dłonie. Niezdolna do zamaskowania ciekawości, wciąż się na niego gapię. Co miał na myśli, mówiąc, że widział gorsze rzeczy niż ten wypadek? Twierdzi, że pracował w nieruchomościach, ale nawet najgorsza dniówka w tym zawodzie nie jest w stanie wpędzić człowieka w takie przygnębienie.
– Co ci się przytrafiło? – pytam.
Patrzy na moje odbicie w lustrze.
– W jakim sensie?
– Mówiłeś, że widziałeś gorsze rzeczy. Co to było?
Zakręca kran, wyciera dłonie i dopiero wtedy patrzy na mnie.
– Naprawdę chcesz wiedzieć?
Kiwam głową.