Czuła ulgę, gdy goście opuszczali ich mieszkanie. Wtedy robiło się bardzo cicho i nawet nie tykał zegar, bo już jakiś czas temu ojciec sprzedał go w lombardzie Rosenbluma. Tylko gdzieś z oddali docierał do jej uszu uliczny gwar. Stukot dorożek, krzyki kobiet nawołujących swoje dzieci, by wracały do domu albo gwizdki policjantów. Siadała ojcu na kolanach, głaskała po gęstej brodzie i pytała:
– Tato, czy mama umrze, bo jesteśmy biedni?
– Jesteśmy biedni, ale zrobię wszystko, żeby było jak kiedyś – odpowiadał ojciec przez zaciśnięte zęby.
– Tato? – zagadywała nieśmiało. – Teraz, kiedy nie mamy już mebli, a ty nie malujesz nowych obrazów, może zamieszkamy w mniejszym domu?
– Nie, córeczko. Nie wyprowadzę się stąd, dopóki mama chce tu zostać. Nie zrobię jej tego, choćbym miał pójść żebrać. Jednak obiecuję, że wyjdziemy z nędzy.
– A co z mamą?
– Dla mamy też zrobię wszystko i to właśnie dla niej muszę zdobyć pieniądze – wzdychał.
– I ona wtedy nie umrze, prawda? – Dziewczynka nie dawała za wygraną.
– Kiedyś wszyscy umrzemy, mówiłem ci – odpowiadał enigmatycznie, a potem dodawał: – Muszę wyjść na miasto.