– …fabryka odzieży w Monachium, tak. – Alex uśmiechnął się szeroko. – Co prawda ona należy do mojego ojca, ale od czasu do czasu jestem kimś w rodzaju jego komiwojażera, jeśli akurat nie czuję się lepiej w roli nieudanego syna.
Czworo młodych ludzi spędziło miły wieczór. Johannes kupił butelkę szampana, z gramofonu dobiegała muzyka, a przez otwarte drzwi balkonowe do mieszkania wpływało ciepłe letnie powietrze. Alex bawił wszystkich. Umiał opowiadać przekomiczne stare historie, znakomicie parodiował poznanych kiedyś ludzi, nie wyłączając siebie samego, potrafił też tak zabawnie przedstawiać cały świat, że słuchaczom śmiech wyciskał z oczu łzy. Ironia w opowieściach była jednak zbyt ostra, a kpina czasem przechodziła w złośliwość, przez co wszyscy, co prawda, byli rozbawieni, ale też chwilami zakłopotani. „Ktoś chyba musiał cię bardzo zranić”, pomyślał Johannes, „i mam wrażenie, że za dużo pijesz”.
Nieoczekiwany obrót spotkanie przybrało około północy, kiedy goście postanowili już iść do domu. W przedpokoju Alex Lombard zatrzymał się nagle jak wryty.
– Ach! – zawołał. – Tego przedtem w ogóle nie widziałem.