I wtedy właśnie Felicja zrozumiała, że kocha Maksyma, i że tak będzie zawsze.
Kochała jego mroczny, obcy świat, którego nie rozumiała. Kochała jego oczy o odpychającym spojrzeniu i pogardliwe słowa, wypowiadane lekceważącym, niechętnym tonem. Pogarda Maksyma odnosiła się do bogacącego się mieszczaństwa, zaś cynizm – do cesarza. Felicja kochała żywiołową radość na twarzy Maksyma, kiedy mówił o rewolucji, ale nie pojmowała powagi i namiętności jego słów. Nie rozumiała, że ich światy nawzajem się wykluczały.
Miała osiemnaście lat, duże zaufanie do siebie i nie przyszłoby jej do głowy czytać Kapitał tylko po to, aby mówić o czymś, co jej zupełnie nie interesowało.
Bardziej liczyła, że zrobi na nim wrażenie dzięki swoim oczom, błyszczącym włosom, sukniom o głębokim dekolcie i perfumom, których używała.
Siedzieli oboje w ciszy, aż słońce schowało się za horyzont, a ich milczenie było jednocześnie pożegnaniem z czasem, który przeminął niemal niezauważalnie i bezpowrotnie. Wreszcie Maksym podniósł się, ujął Felicję za rękę i pomógł jej wstać.
– Chłodno się robi – powiedział. – Powinniśmy iść do domu.