Dwór w Lulinnie został zbudowany zaledwie dwieście lat temu, choć rodzina Dombergów mieszkała na tych ziemiach już ponad trzysta lat. Ich pierwszy dom stanął którejś nocy w płomieniach – mówiono, że został podpalony z zazdrości przez szaloną żonę jednego z przodków. Nowy dom postawiono z konieczności bardzo szybko – i pewnie dlatego była to prosta budowla z szarego kamienia, o licznych oknach, pozbawiona wszelkich ornamentów. Teraz budynek obrósł bluszczem, przed nim znajdował się kwitnący ogród różany, a do bramy wjazdowej prowadziła dębowa aleja, po której obu stronach ciągnęły się rozległe pastwiska przeznaczone dla trakenów. Były one dumą starego Domberga. W tej chwili ogród, dom i pastwiska pogrążone były w zupełnej ciemności, w liściach dębów szumiał wiatr, a konie poruszały się powoli jak cienie. Felicja zatrzymała się i rozejrzała w nadziei, że ktoś nadjedzie, co zdarzało się często, i wówczas nie trzeba było pokonywać długiej drogi aleją na piechotę.
Tym razem jednak panowała zupełna cisza. Dziewczyna westchnęła i właśnie zamierzała ruszyć dalej, kiedy z pobliskich krzewów dobiegł ją jakiś szelest. Na drodze pojawiła się ciemna postać.