W gruncie rzeczy jednak lubiły z Nelą ludzi, których po cichu nazywała „burdelarzami”, gdyż poza rozlicznymi wadami mieli jedną bardzo istotną zaletę: doskonale płacili. Nie szanowali ich pracy nic a nic, ale dwie stówy leżące w każdy piątek na stole w jadalni całkowicie zamykały jej usta. Tylko jej, ponieważ Nela i tak zawsze unikała wygłaszania komentarzy. Tym bardziej że dzięki owym „burdelarzom” mogły cieszyć się kolejnym dobrze płatnym zleceniem. W jedno wtorkowe popołudnie w miesiącu sprzątały w pewnej znanej w mieście kancelarii adwokackiej, w której na swoje życie ponad stan zarabiało kilku prawników.
Siedziały obok siebie sterane, zmachane i wykończone. Policzki Neli pokrywały plamy w kolorze buraczanym. Miały dla siebie piętnaście minut. Mieszkanie musiały opuścić kwadrans po dwudziestej pierwszej. Taką umowę miały z właścicielką. Jej męża do tej pory jeszcze nie spotkały. Znały go tylko ze zdjęcia, zresztą jedynego w tym dość surowo urządzonym mieszkaniu. Zerkała na wciąż posapującą Nelę, która wpatrywała się właśnie w tę fotografię.