– Ciekawe, czy to fotomontaż – powiedziała Nela jakby sama do siebie, odzyskując bardzo powoli normalny oddech, bowiem posprzątanie tego mieszkania wymagało od nich oprócz silnej woli i odporności na stres również doskonałego zarządzania czasem pracy: czyli tempa, tempa i jeszcze raz szybkiego tempa.
– Coś ty! – ofuknęła przyjaciółkę. – To najprawdziwszy ślub pod słońcem, tyle że w obrządku polinezyjskim.
– Co?! – Nela obdarzyła ją zszokowanym spojrzeniem.
– No mówię ci! To żaden fotomontaż. Tam morze naprawdę ma taki kolor, i kwiaty też, chociaż wyglądają jak żywcem wyjęte z reklamy – mówiąc to, wlepiła wzrok w zdjęcie, któremu przyglądała się już nieraz.
– Skąd to wiesz? – Nela powoli wracała do siebie.
– Oglądałam kiedyś jakiś program podróżniczy, pojawiała się w nim właśnie taka ślubna szopka. Zwijamy manatki? – zapytała, bo wiedziała, że jej mama dostanie palpitacji serca, jeśli pojawi się w domu po dwudziestej drugiej.
– Daj mi jeszcze chwilę – poprosiła Nela, wpatrując się w wysprzątaną na błysk kuchnię, którą miały przed sobą.
– Jak sobie życzysz – odpowiedziała przymilnie.
– Jak myślisz, wzięli też taki normalny ślub? – Nela znów zatopiła wzrok w błękitnej lagunie.