Auto wciąż stało na środku mostu, a szofer mocno wciskał pedał gazu, wypuszczając z rury wydechowej kłębiaste obłoki spalin. Walter Ronigger, noszący dumny tytuł doktora obojga praw zdobyty summa cum laude na uniwersytecie w Getyndze, z szerokim uśmiechem patrzył w lusterko na przystających za nimi skonfundowanych prostaków. Tuż za tylnym zderzakiem zatrzymała się furmanka, a obok niej cywilny motocykl z wózkiem bocznym.
Oficer dał znak Döringowi, by ten przestał. Spaliny powoli się rozwiewały. Obaj patrzyli w lusterko wsteczne i widzieli ludzi za tylną szybą. Ronigger nie dostrzegł nawet śladu złości ani na twarzy woźnicy, ani w oczach motocyklisty i jego pasażera. Ludzie, którym zatarasował przejazd i których złośliwie traktował spalinami, mieli twarze bez wyrazu.
– Dawaj! Znowu! – krzyknął. – No, jeszcze raz!
Sześciocylindrowy silnik o mocy pięćdziesięciu pięciu koni mechanicznych ryknął potężnie.
Niemiec drażnił Polaków, prowokował, upadlał dymem i smrodem. I czekał, czekał, aż w ich oczach pojawi się ciemna nienawiść.
– No i jak wam to pachnie? – śmiał się wesoło. – Ładniej niż ta wasza nędzna mieścina?