Ronigger dobrze rozumiał to ciągłe przywoływanie krwawych wspomnień. Byli młodzi, bardzo młodzi, ledwo dwudziestoletni, potrzebowali wrażeń. Nie zdziwił się zatem, gdy jadąc powoli w ten ciepły wieczór warszawską ulicą Elektoralną, przypominającą raczej kanion wśród gruzów, zapytali go, czy mogą się „zabawić z pewnym staruchem, co tam stoi wśród ciżby i gapi się na nich jak głupek”. Chętnie się zgodził. Niech mają trochę rozrywki.
Klaus zatrzymał auto, a podkomendni Roniggera dali znak starcowi z potężną siwą brodą, by się do nich zbliżył. Ten posłuchał od razu. Miał w oczach ów wyraz psiego poddaństwa, który – jak to zauważył SS-Sturmbannführer– był typowy dla obywateli podbitego kraju.
Ziesch strzelił w powietrze i wtedy rozpoczął się zabawny spektakl. Reichert zagrał na organkach skoczną melodię, a jego kompan kazał staremu tańczyć. Kiedy już się naśmiali do syta z podrygującego Żyda w chałacie i w jarmułce, to w akcie łaskawości dali mu dwie czekoladki. Gdy po nie sięgał, cofnęli dłonie i rzucili słodycze na kupę zalegającego na bruku końskiego łajna. Kazali zjeść mu tę nagrodę za ładny taniec. Dopilnowali, aby zrobił to na oczach wszystkich.