Diuna
Frank Herbert — Science fiction

– Paulu – Jessika odetchnęła głęboko – próba, do której za chwilę przystąpisz… jest dla mnie ważna.

– Próba? – Spojrzał na nią.

– Pamiętaj, że jesteś synem księcia – powiedziała.

Odwróciła się gwałtownie i wymaszerowała z pokoju wielkimi krokami z suchym szelestem sukni. Drzwi zatrzasnęły się za nią.

Tłumiąc gniew, Paul stanął twarzą w twarz ze starą kobietą.

– Czyż odprawia się lady Jessikę jak służebną dziewkę?

Uśmiech zadrgał w kącikach pomarszczonych ze starości ust.

– Lady Jessika była, chłopcze, moją służebną dziewką w szkole czternaście lat. – Pokiwała głową. – I to w dodatku dobrą. A teraz podejdź tu!

Rozkaz był jak cięcie biczem. Posłuchał, zanim zdał sobie z tego sprawę. „Używa na mnie Głosu” – pomyślał. Zatrzymał się na skinienie kobiety przy jej kolanach.

– Widzisz to? – zapytała.

Z fałd togi wydobyła zielony metalowy sześcian o boku około piętnastu centymetrów. Odwróciła go i chłopak zauważył, że w miejscu jednej ściany jest otwór – czarny i dziwnie straszny. Ani odrobina światła nie przenikała owej ziejącej czerni.

– Włóż prawą dłoń do pudełka – nakazała.

Strach przeszył Paula. Zaczął się cofać, ale usłyszał głos starej:

– To tak się słucha matki?