– Paulu – Jessika odetchnęła głęboko – próba, do której za chwilę przystąpisz… jest dla mnie ważna.
– Próba? – Spojrzał na nią.
– Pamiętaj, że jesteś synem księcia – powiedziała.
Odwróciła się gwałtownie i wymaszerowała z pokoju wielkimi krokami z suchym szelestem sukni. Drzwi zatrzasnęły się za nią.
Tłumiąc gniew, Paul stanął twarzą w twarz ze starą kobietą.
– Czyż odprawia się lady Jessikę jak służebną dziewkę?
Uśmiech zadrgał w kącikach pomarszczonych ze starości ust.
– Lady Jessika była, chłopcze, moją służebną dziewką w szkole czternaście lat. – Pokiwała głową. – I to w dodatku dobrą. A teraz podejdź tu!
Rozkaz był jak cięcie biczem. Posłuchał, zanim zdał sobie z tego sprawę. „Używa na mnie Głosu” – pomyślał. Zatrzymał się na skinienie kobiety przy jej kolanach.
– Widzisz to? – zapytała.
Z fałd togi wydobyła zielony metalowy sześcian o boku około piętnastu centymetrów. Odwróciła go i chłopak zauważył, że w miejscu jednej ściany jest otwór – czarny i dziwnie straszny. Ani odrobina światła nie przenikała owej ziejącej czerni.
– Włóż prawą dłoń do pudełka – nakazała.
Strach przeszył Paula. Zaczął się cofać, ale usłyszał głos starej:
– To tak się słucha matki?