Diuna
Frank Herbert — Science fiction

Palce Jessiki dotknęły ramienia Paula, a potem zacisnęły się na nim. Przez moment czuł w nich pulsowanie strachu. Opanowała się w mgnieniu oka.

– Tak go nauczono, matko wielebna.

„Czego ona się boi?” – nie mógł zrozumieć Paul.

Stara kobieta zmierzyła go krótkim, taksującym spojrzeniem: owal twarzy Jessiki, ale kości masywne… włosy to krucza czerń księcia, za to brwi po dziadku ze strony matki, którego imienia nie wolno wspominać, jak również ten cienki, dumny nos. Kształt zielonych, hardo spoglądających oczu jak u Starego Księcia, nieżyjącego dziadka ze strony ojca.

„Tak, był kiedyś mężczyzna doceniający potęgę brawury, nawet w śmierci” – pomyślała matka wielebna.

– Nauka to jedno – powiedziała – a pierwiastek pierwotny drugie. Zobaczymy. – Starcze oczy spojrzały twardo na kobietę. – Zostaw nas samych. Zalecam ci medytacje.

Jessika zdjęła dłoń z ramienia Paula.

– Wasza wielebność, ja…

– Jessiko, wiesz, że to musi się stać.

Paul, zaintrygowany, podniósł oczy na matkę.

– Tak… Oczywiście – powiedziała, prostując się.

Z kolei chłopiec popatrzył na matkę wielebną. Uprzejmość i wyraźny strach matki przed tą staruchą nakazywały ostrożność. Gniewał go jednak lęk, który wyczuwał w matce.