Diuna
Frank Herbert — Science fiction

Zajrzał w błyszczące ptasie źrenice. Powolutku, pod wpływem wewnętrznego przymusu, któremu nie potrafił się przeciwstawić, włożył dłoń do pudełka. Najpierw poczuł chłód, kiedy czerń zamknęła się na niej, następnie gładki metal pod palcami i mrowienie, jakby dłoń mu zdrętwiała.

Rysy starej kobiety przybrały drapieżny wyraz. Podniosła prawą rękę znad skrzynki i zatrzymała ją przy szyi Paula. Dostrzegł w niej błysk metalu i począł się odwracać w tym kierunku.

– Nie ruszaj się! – warknęła.

„Znowu używa Głosu!”

Skoncentrował się ponownie na jej twarzy.

– Trzymam przy twej szyi gom dżabbar – powiedziała. – „Gom dżabbar” znaczy „wróg ostateczny”. To igła z kroplą trucizny na czubku. Aaach! Nie ruszaj się, bo poczujesz jej działanie.

Paul próbował przełknąć ślinę, ale miał sucho w ustach. Nie mógł odwrócić wzroku od pomarszczonej starczej twarzy, błyszczących oczu i bladych dziąseł nad srebrzystymi zębami z metalu połyskującymi przy każdym słowie.