– Wystarczy sam fakt – powiedziała stara cieplejszym głosem. – Możesz już wejść, tylko się nie odzywaj. Zamknij drzwi i pilnuj, by nikt nam nie przeszkadzał.
Jessika weszła do pokoju, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. „Mój syn żyje – pomyślała. – Mój syn żyje i jest… człowiekiem. Wiedziałam, że jest… ale… on żyje. Teraz mogę żyć dalej”. Czuła dotyk drzwi, twardy i rzeczywisty. Wszystko w tym pokoju było dotykalne i wyczuwalne zmysłami.
„Mój syn żyje”.
Paul spojrzał na matkę. „Mówiła prawdę” – stwierdził. Pragnął umknąć i w samotności przemyśleć to, czego doświadczył, jednak wiedział, że nie może odejść, dopóki go nie odprawią. Stara kobieta zyskała nad nim władzę. „Obie mówiły prawdę” – skonstatował. Matka przeszła taką samą próbę. W tym wszystkim musiało się kryć jakieś straszliwe przeznaczenie… ból i strach są straszne. Rozumiał straszliwe przeznaczenia. Parły na przekór wszystkiemu. Stanowiły własną konieczność. Paul czuł, że dostał się w tryby straszliwego przeznaczenia, choć jeszcze nie wiedział jakiego.
– Pewnego dnia, chłopcze – powiedziała stara – może i ty będziesz musiał tak stać za drzwiami. Nie jest to takie proste.