Diuna
Frank Herbert — Science fiction

Wyczuwszy przez zamknięte powieki, że żółte promienie świtu dotknęły parapetu, otworzył oczy i zapatrzony w znajomy ornament światłocieni na suficie sypialni, przysłuchiwał się podjętej na nowo krzątaninie i hałasom w zamku.

Uchyliły się drzwi od korytarza i zajrzała matka. Czarna wstążka przytrzymywała jej miedzianobrązowe włosy otaczające owalną twarz, niewzruszone zielone oczy patrzyły z powagą.

– Nie śpisz – powiedziała. – Wyspałeś się?

– Tak.

Obserwując jej wysoką postać, kiedy wybierała mu ubranie z szafy, zauważył oznaki napięcia w ramionach. Ktoś inny by to przeoczył, ale ona wyćwiczyła go w metodzie Bene Gesserit – w najdrobniejszych niuansach postrzegania. Odwróciła się do niego, trzymając półurzędową marynarkę. Tę z czerwonym jastrzębiem Atrydów nad kieszenią na piersi.

– Pospiesz się – ponagliła go. – Matka wielebna czeka.

– Śniła mi się kiedyś – powiedział Paul. – Kto to jest?

– Była moją nauczycielką w szkole Bene Gesserit. Obecnie jest prawdomówczynią Imperatora. I… – zawahała się – Paulu, musisz jej opowiedzieć swoje sny.

– Opowiem. Czy to dzięki niej mamy Arrakis?