Matka wielebna Gaius Helena Mohiam siedziała na wyściełanym krześle, obserwując zbliżającą się matkę z synem. Okna z jej prawej i lewej strony wychodziły na południowe zakole rzeki i zielone pola uprawne włości Atrydów, lecz matki wielebnej nie interesowały krajobrazy. Tego ranka odczuwała swoje lata i było to coś więcej niż tylko drobna dokuczliwość. Winiła za to podróż i kontakty z tą obmierzłą Gildią Kosmiczną z jej sekretami, ale czekające ją tutaj zadanie wymagało osobistego zaangażowania Bene Gesserit jasnowidzącej. Nawet prawdomówczyni Padyszacha Imperatora nie mogła się uchylić od odpowiedzialności, kiedy wzywały obowiązki.
„Piekło by pochłonęło tę diablicę Jessikę! – pomyślała. – Gdybyż urodziła nam córkę, jak miała nakazane”.
Jessika zatrzymała się trzy kroki przed krzesłem i lekko dygnęła, ledwie muskając rąbek sukni lewą dłonią. Paul wykonał oszczędny ukłon, którego nauczył się od swego instruktora tańca na wypadek, gdy nie jest się pewnym pozycji drugiej osoby.
Subtelności powitania chłopca nie uszły uwagi matki wielebnej.
– Jest ostrożny, Jessiko – powiedziała.