Amerykańskie myślenie w kategoriach nieuchronności, podobnie jak wszystkie takie opowieści, było odporne na fakty. Losy Rosji, Ukrainy i Białorusi po 1991 roku pokazywały wystarczająco dobitnie, że upadek ustroju nie pozostawia pustej przestrzeni, w której natura buduje rynki, a te z kolei tworzą prawa. Gdyby prowodyrzy nielegalnej amerykańskiej wojny z Irakiem w 2003 roku zastanowili się nad jej katastrofalnymi konsekwencjami, mogliby pojąć tę lekcję. Kryzys finansowy 2008 roku i deregulacja darowizn na kampanie wyborcze w USA w 2010 roku spotęgowały wpływy ludzi bogatych, odbierając je wyborcom. W miarę jak rosły nierówności ekonomiczne, horyzont czasowy się kurczył, a coraz mniej Amerykanów uważało, że przyszłość będzie lepszą wersją teraźniejszości. Pod nieobecność funkcjonującego państwa, które zapewniłoby podstawowe dobra społeczne uznawane za oczywistość w innych krajach – oświatę, emerytury, opiekę zdrowotną, transport, urlop rodzicielski czy wypoczynkowy – każdy dzień ich przytłaczał i tracili poczucie, że czeka ich jakaś przyszłość.