i dalej siedzą, ona na huśtawce, on na ławce, siedzą tak nieruchomi i nic nie mówią, a potem ona mówi, że on się wychował w niedużym gospodarstwie, w małym gospodarstwie nad Hordafjorden, w gospodarstwie z drzewami owocowymi, mówi ona, a on mówi, że tak, tak właśnie było, i mówi, że tylko od czasu do czasu mieszkał w tym małym murowanym domku, kiedy przyjeżdżali do rodziców matki, do jego dziadków, bo oni mieszkali w takim murowanym domku, koło takiego placu zabaw, mówi, a ja wiem, że muszę wymalować ten obraz, następny obraz, jaki zacznę, to będzie obraz tych dwojga, wymaluję ich, wmaluję w mój własny wewnętrzny obraz, bo kiedy to zrobię, jeśli mi się to uda, to ten obraz zniknie, przestanie mnie niepokoić i przyniesie raczej spokój, przestanie mnie nawiedzać, bo inaczej, wiem to, będzie wciąż wracał w mojej pamięci, ale prawdopodobnie już ten obraz namalowałem, albo jakiś podobny, mniej więcej taki sam jak to, co teraz widzę, lecz w takim razie muszę to wymalować jeszcze raz, muszę to wymalowywać wciąż i wciąż, myślę, ale teraz muszę jechać, nie mogę tak siedzieć w samochodzie i patrzeć na dwoje ludzi, którzy nie wiedzą, że siedzę i na nich patrzę, myślę i ogarnia mnie przygnębienie, smutek, tak, smutek, który się ze mnie wydobywa, znikąd i zewsząd, i mam uczucie, że ten smutek mnie dusi, jakbym go wdychał i nie zdołał wydychać, więc składam dłonie, biorę głęboki wdech i mówię w duchu Kyrie, i robię powolny wydech i mówię eleison, i biorę głęboki wdech i mówię Chryste, i robię powolny wydech i mówię eleison, powtarzam to kilka razy, a oddychanie i słowa sprawiają, że nie wypełnia mnie ten smutek, lęk, nagły lęk, ten smutek, który w lęku tak nagle mnie ogarnął, a teraz ma nade mną władzę i zmienił to, co jest mną we mnie, w małe nic, ale mimo wszystko to nic tam jest, tkwi mocno, niewzruszenie i staje się coraz wyraźniejsze w swoim nieporuszonym ruchu, więc biorę głęboki wdech i mówię w duchu Kyrie, robię powolny wydech i mówię eleison, i oddycham z samej głębi siebie, staram się oddychać z samej głębi siebie, i biorę głęboki wdech i mówię w duchu Chryste, i robię powolny wydech i mówię eleison, i staram się oddychać z najgłębszej głębi siebie, z tego obrazu, który tam jest i o którym nie potrafię nic powiedzieć, staram się oddychać z tego, co jest mną we mnie, ażeby nie dopuścić smutku albo przynajmniej utrzymywać go w ryzach, żeby lęk nie wziął nade mną góry, żeby lęk nie odebrał mi sił, i czuję, że ten nagły smutek, ten nagły lęk, który we mnie wezbrał, zmniejsza się, a ja się powiększam, i myślę, że jestem śmieszny, gdyby mnie teraz ktoś zobaczył, pękłby ze śmiechu, no bo proszę, siedzieć tak w samochodzie zaparkowanym w zatoczce i powtarzać Kyrie eleison Chryste eleison, przecież to śmieszne, nie inaczej, ale niech się śmieją, bo to pomaga!