Dziedzictwo
Ann Patchett — Literatura

Fixowi przyszło do głowy, że Cousins zjawił się w jego domu, żeby porozmawiać o jakiejś sprawie: jeszcze nigdy niczego podobnego nie zrobił, ale czy istniało inne wytłumaczenie? Goście tłoczyli się przed domem i Fix nie umiałby powiedzieć, czy się spóźnili, czy już wychodzą, czy może po prostu szukają wytchnienia na zewnątrz, dlatego że w środku jest więcej ludzi, niż byłby skłonny tam wpuścić którykolwiek komendant straży pożarnej. Pewne było tylko to, że Cousins przyszedł bez zaproszenia, sam i z butelką w reklamówce.

– Cześć, Fix – powiedział Albert Cousins. Wysoki zastępca prokuratora okręgowego, w garniturze i krawacie, wyciągnął rękę.

– Cześć, Al – powitał go Fix. (Czy ludzie nazywali go Al?) – Cieszę się, że udało ci się przyjść. – Mocno uścisnął podaną dłoń, dwa razy nią potrząsnął i puścił.

– Ledwo zdążyłem – powiedział Cousins, patrząc na tłum wewnątrz, jakby się obawiał, że zabraknie dla niego miejsca. Od razu było widać, że przyjęcie minęło już półmetek – większość trójkątnych kanapeczek zniknęła, podobnie jak połowa ciastek. Obrus pod misą z ponczem był różowy i mokry.

Fix się odsunął, żeby go wpuścić.

– Ale już jesteś – powiedział.