Prosiątko, wciąż jeszcze niewyrośnięte, zamrugało sennie powiekami. Wstało, spojrzało na mnie ze swojego słomianego legowiska i chrząknęło. Nie wspominałam wam o tej śwince? Wyzwoliliśmy ją podczas rekwizycji gospodarstwa monsieur Girarda. Niczym dar od Boga, świnka zabłąkała się w tym chaosie, oddalając się od innych prosiąt ładowanych na niemiecką ciężarówkę, i błyskawicznie skryła się pod grubymi spódnicami babci Poilâne. Od tygodni tuczyliśmy prosiątko żołędziami i odpadkami w nadziei, że wyrośnie na tyle duże, byśmy wszyscy mogli skosztować choć trochę mięsa. Myśl o tej chrupiącej skórce, o tej soczystej wieprzowinie od miesiąca dodawała sił mieszkańcom Le Coq Rouge.
Usłyszałam, jak na zewnątrz mój brat znów krzyczy, a potem odezwał się głos siostry, prędki i natarczywy, któremu z kolei przerwał ostry ton niemieckiego oficera. Świnka spojrzała na mnie inteligentnymi, rozumiejącymi oczkami, jakby znała już swój los.
– Tak mi przykro, mon petit – szepnęłam – ale naprawdę nie ma innego sposobu.
I z rozmachem opuściłam rękę.