W ciągu kilku sekund znalazłam się na zewnątrz. Zbudziłam Mimi, mówiąc jej tylko, że musi pójść ze mną, ale nie wolno jej się odzywać – dziewczynka w ciągu ostatnich kilku miesięcy widziała już tyle, że nie zadaje pytań. Objęła wzrokiem mnie i zawiniątko z jej maleńkim braciszkiem, którego trzymałam, wysunęła się z łóżka i chwyciła mnie za rękę.
W powietrzu czuć było chłód zbliżającej się zimy i woń dymu drzewnego, która nie zdążyła się jeszcze rozproszyć po tym, jak rozpaliłyśmy na chwilę ogień w piecu. Pod łukowatym kamiennym sklepieniem tylnych drzwi zobaczyłam Kommandanta i zawahałam się. Nie był to Herr Becker, którego znałyśmy i nienawidziłyśmy. Ten mężczyzna był szczuplejszy, gładko ogolony i beznamiętny. Nawet w ciemności widziałam na jego twarzy inteligencję, a nie zwierzęcą bezmyślność, i poczułam strach.