„Właściwie mogłabym szybko zadzwonić do Maxa”, pomyślała Belle. „I jeśli będę miała szczęście, złapię go jeszcze przed wyjściem do teatru”.
Telefon stał w salonie, gdzie o tej porze nikogo nie było. Belle, czekając na połączenie, rozejrzała się i coraz wyraźniej czuła ogarniający ją spokój. Rokokowy sekretarzyk, niebieskie, jedwabne zasłony w oknach, kosztowny dywan perski. Dobrobyt, osiągany i utrzymywany przez setki lat, z którego wszyscy czerpali pewność siebie i poczucie własnej wartości.
– Tak? – Zabrzmiał głos Maxa w telefonie.
Jak zwykle poczuła osobliwe napięcie, które zawsze między nimi istniało.
– Max? To ja, Belle. Jestem w Lulinnie!
Mężczyzna roześmiał się cicho w odpowiedzi.
– Lulinn! Czarodziejskie słowo. I jak się czujesz?
– Cudownie! Ale brakuje mi ciebie. Biada ci, jeśli się rozmyślisz i nie wsiądziesz pojutrze do pociągu do Insterburga!
– Nie odważę się. Ścigałabyś mnie przez pół świata.
– Nie bądź tego taki pewny. Może złapię tu naprędce jakiegoś innego męża i będę żyła z nim w szczęściu i spokoju!