Spojrzała na pozbawioną życia, wykrzywioną w nienaturalnym grymasie twarz i się wzdrygnęła. Dziura w czole była nierówna, jakby poszarpana, a zaschnięta krew i przejrzysty płyn mózgowo-rdzeniowy wyciekły na wierzch.
Chyłce zrobiło się słabo i odniosła wrażenie, że gdyby teraz wstała, nogi odmówiłyby jej posłuszeństwa. Machinalnym ruchem wyjęła z kieszeni płaszcza paczkę marlboro, ale zanim zdążyła zapalić, usłyszała znajomy głos zza pleców.
– Co ty tu robisz?
Obejrzała się przez ramię i zobaczyła stojącego za nią Olgierda Paderborna. Prokurator nie pasował do reszty osób, które kłębiły się wokół. Wszyscy byli w ubraniach ochronnych, mieli rękawiczki, a niektórzy maseczki i przyłbice. On zaś nosił obcisły garnitur i równo zawiązany krawat.
– Nie powinno cię tu być – dodał szybko.
Joanna powoli się podniosła, a następnie schowała paczkę fajek z powrotem do kieszeni. Nie było najmniejszych szans, by jakikolwiek prokurator pozwolił jej na dymka na miejscu zdarzenia.