Edling chciał podjąć temat, ale niepewne spojrzenie Gochy wbite w drzwi wejściowe wybiło go z rytmu. Na jej twarzy zarysował się głęboki niepokój, jakby zobaczyła coś, w co nie była gotowa uwierzyć.
Zanim Gerard zdążył o cokolwiek zapytać, poczuł charakterystyczny zapach benzyny. Był tak intensywny, jakby ta wylała się z kanistra prosto na podłogę kawiarni.
– Gero… – odezwała się cicho Gocha.
Edling ostrożnie obrócił się przez ramię i zobaczył niskiego chłopaka, najwyżej szesnastoletniego, który był przemoknięty do suchej nitki. Stał tuż przy drzwiach, trzymając w ręce kuchenną zapalarkę gazową, i patrzył na Małgorzatę.
Gerard ledwie zdążył się podnieść, nim młody znalazł się przy stoliku. Zerknął na kartę tarota leżącą na stole, a potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej kolejną. Kiedy kładł ją na tej przedstawiającej Sprawiedliwość, krople benzyny spadły na blat i marynarkę Edlinga.
Miała numer szósty, przedstawiała dwoje kochanków.
– Zaraz… – odezwał się mimowolnie Edling.
Chłopak spojrzał na niego z przestrachem, a potem cofnął się o krok i uniósł zapalarkę z długą lufką.