Powracały doń też słowa doktora Sokołowskiego z czasów, kiedy ten zaczął go leczyć i zmagać się z jego apatią – że życie należy uczynić apetycznym. Tak, apetyczne, to lepsze słowo niż „gemütlich”, pomyślał Wojnicz, odnosiło się bowiem nie tylko do przestrzeni, ale także do wszystkiego innego – do czyjegoś głosu, do sposobu mówienia, siadania w fotelu, wiązania chustki pod szyją, do tego, jak ułożone są ciasteczka na talerzyku. Przeciągnął palcem po stole przykrytym miękkim oliwkowozielonym pluszem i dopiero po chwili z przestrachem zauważył w fotelu przy oknie szczupłego mężczyznę o wyrazistych ptasich rysach, w drucianych okularach na wydatnym nosie. Spowijała go chmura papierosowego dymu. Ręka Wojnicza odskoczyła od pluszu jak oparzona i zniknęła w objęciach drugiej, zakłopotana. Mężczyzna, równie zmieszany tym odkryciem jego samotności, wstał i przedstawił się dość oficjalnie, po niemiecku, z dziwnym śląskim akcentem:
– Walter Frommer. Z Breslau.