Wojnicz umknął wzrokiem w kierunku okna, za którym przechodziło właśnie jakieś wesołe towarzystwo, co chwilę wybuchające śmiechem. Pomyślał, że ci ludzie śmieją się po polsku, choć nie bardzo potrafił sobie to wrażenie wytłumaczyć. Z daleka nie było słychać słów.
– Czy i pan szykuje się do przeprowadzki do kurhausu? – zapytał Frommera.
Myślał, że to pytanie wywoła na twarzy rozmówcy bodaj lekki uśmiech, ale ten potraktował je poważnie.
– Boże uchowaj – żachnął się. – Tam jest za dużo ludzi. Nic stamtąd nie widać. Niczego się pan nie dowie ani nie nauczy. Życie w tłumie jest gorsze niż więzienie.
No cóż, Wojnicz miał już chyba wyrobione zdanie na temat Waltera Frommera – dziwak.
Obaj byli, zdaje się, równie nieśmiali, bo przez chwilę stali naprzeciwko siebie w niezręcznym milczeniu, jeden czekał, aż drugi wypowie jakieś konwencjonalne zdanie. Wybawił ich z tej patowej sytuacji Wilhelm Opitz, gospodarz.