– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam w ożywionej konwersacji – powiedział i Wojnicz zastanawiał się przez chwilę, czy Wilhelm drwi z nich, czy jest aż tak nieuważny. Lecz ten wziął go mocnym chwytem pod ramię i poprowadził w kierunku wyjścia.
– Przepraszam, ale muszę przekazać młodego człowieka pod uważne oko doktora Semperweißa. Nasz gość przybył tu w opłakanym stanie.
Frommer bąknął coś niewyraźnie, wrócił na swoje miejsce pod oknem i usiadł w takiej samej pozycji jak wcześniej. Jakby pracował tutaj na etacie dymiącego mebla.
– Doktor Frommer jest trochę dziwny, ale to przyzwoity człowiek. Jak wszyscy w moim pensjonacie – powiedział Wilhelm tym swoim coraz milszym dla ucha Wojnicza dialektem, gdy stanęli na schodach przed domem. – Chłopak zaprowadzi pana do doktora Semperweißa. Niech pan na niego uważa, nie lubi ludzi ze Wschodu. W ogóle nikogo nie lubi. To wielka strata, że nie ma tutaj kogoś takiego jak doktor Brehmer – dodał z zadumą, gdy po chwili obydwaj stanęli przy mostku.