Wojnicz był świadkiem, jak mgła formowała teraz dziwne pasma i płynęła w górę niczym dym.
– A może zna pan doktora Sokołowskiego? – zapytał.
Twarz Wilhelma rozjaśniła się i ożywiła.
– To oczywiste, że go znałem jako dziecko. Przyjaźnił się z moim ojcem, który u niego pracował. Wszyscy tutaj pracujemy przy kurhausach. Jak mu się wiedzie?
No cóż, tego dokładnie Wojnicz nie wiedział. Wiedział tylko, że pracuje w klinice warszawskiej, że miewa wykłady we Lwowie. Ojciec zabierał go na konsultacje, gdy Sokołowski bawił w tym mieście. I dzięki niemu tu się znalazł.
– Czy nadal jest taki szczupły? – zapytał jeszcze Willi.
Szczupły? Nie, nie szczupły. Profesor Sokołowski jest przysadzistym i tęgim mężczyzną. Wojnicz jednak nie musiał odpowiadać na to zaskakujące pytanie, bo ze smug mgły wyłonił się właśnie Rajmund, wczorajszy woźnica, kilkunastoletni wyrostek, którego Wilhelm powitał w dość szczególny sposób: lekkim trzepnięciem w głowę. Chłopiec przyjął to jako całkiem naturalny, przyjazny gest.