Empuzjon
Olga Tokarczuk — Literatura piękna

Woj­nicz był świad­kiem, jak mgła for­mo­wa­ła te­raz dziw­ne pa­sma i pły­nę­ła w górę ni­czym dym.

– A może zna pan dok­to­ra So­ko­łow­skie­go? – za­py­tał.

Twarz Wil­hel­ma roz­ja­śni­ła się i oży­wi­ła.

– To oczy­wi­ste, że go zna­łem jako dziec­ko. Przy­jaź­nił się z moim oj­cem, któ­ry u nie­go pra­co­wał. Wszy­scy tu­taj pra­cu­je­my przy kur­hau­sach. Jak mu się wie­dzie?

No cóż, tego do­kład­nie Woj­nicz nie wie­dział. Wie­dział tyl­ko, że pra­cu­je w kli­ni­ce war­szaw­skiej, że mie­wa wy­kła­dy we Lwo­wie. Oj­ciec za­bie­rał go na kon­sul­ta­cje, gdy So­ko­łow­ski ba­wił w tym mie­ście. I dzię­ki nie­mu tu się zna­lazł.

– Czy na­dal jest taki szczu­pły? – za­py­tał jesz­cze Wil­li.

Szczu­pły? Nie, nie szczu­pły. Pro­fe­sor So­ko­łow­ski jest przy­sa­dzi­stym i tę­gim męż­czy­zną. Woj­nicz jed­nak nie mu­siał od­po­wia­dać na to za­ska­ku­ją­ce py­ta­nie, bo ze smug mgły wy­ło­nił się wła­śnie Raj­mund, wczo­raj­szy woź­ni­ca, kil­ku­na­sto­let­ni wy­ro­stek, któ­re­go Wil­helm po­wi­tał w dość szcze­gól­ny spo­sób: lek­kim trzep­nię­ciem w gło­wę. Chło­piec przy­jął to jako cał­kiem na­tu­ral­ny, przy­ja­zny gest.