Miny policjantów zdawały się to potwierdzać. Funkcjonariusze drapali się po głowach, odbierając zeznanie od staruszki. Kobieta powiodła wzrokiem po zebranych i nagle utkwiła spojrzenie w Hallbjørnie.
Olsen poczuł, jak oblewa go fala gorąca. Zaklął w duchu, kiedy staruszka wskazała go policjantom.
Wiedział, że musi działać szybko. Musi sprawiać wrażenie, jakby przyszedł tutaj właśnie po to, by z nimi pomówić. Odchrząknął i spojrzał na córkę.
– Zaraz wrócę – powiedział.
– Co?
– Muszę zamienić kilka słów z panami policjantami.
Popatrzyła na niego, jakby powiedział coś totalnie idiotycznego. Hallbjørn szybko uświadomił sobie, że określenie „pan policjant” nie występuje w słowniku szesnastoletniej dziewczyny. Powinien powiedzieć „z psami” albo coś w tym rodzaju.
Ruszył przed siebie, ale córka złapała go za połę kurtki. Nie za rękę, co uznał za symptomatyczne – była to kwintesencja erozji, która trawiła ich relacje.
– O czym chcesz z nimi rozmawiać? – zapytała Ann-Mari.
– Wydaje mi się, że widziałem Poulę.
– Co takiego?
– Wieczorem, po skończonej pracy i...
– O czym ty mówisz? – zainteresował się znajomy pracownik muzeum. – Widziałeś ją?
Hallbjørn czuł, że zaraz rozpęta się burza.