– Tutaj – odparł Olsen, wskazując miejsce, gdzie zaparkował samochód. – Kwadrans przed szóstą skończyłem pracę u pani Kielberg, a potem wsiadłem do auta. Przez chwilę nie odjeżdżałem, zmieniałem stacje radiowe, i podeszła do mnie jakaś nastolatka. Kojarzyłem ją, ale nie mogłem przypomnieć sobie jej imienia.
– Skąd ją pan znał?
– To mała mieścina.
Zupełnie, jakby Tórshavn było dużą.
– Córka pana Olsena chodzi do klasy z Poulą – dodała staruszka. – To dobre dzieci, nie takie, jak te z wielkich miast. Cały czas się słyszy, co tam wyprawiają, i w głowie się to nie mieści...
Hallbjørn przytaknął.
– Co stało się potem? – zapytał młodszy z policjantów.
– Poszła tamtędy – powiedział Olsen, wskazując kierunek ku Havnargøta. – Uruchomiłem silnik i odjechałem.
– Dokąd się pan udał?
– Do domu.
– Ktoś może to potwierdzić?
Policjant zastygł w bezruchu z długopisem nad notatnikiem. Było to standardowe pytanie, zadawane nawet przez funkcjonariuszy zupełnie nieznających się na swoim fachu. Mimo to sprawiło, że ślina w gardle Hallbjørna stężała jeszcze bardziej.
– Ann-Mari, moja córka – odparł, obracając się.
– Proszę ją zawołać.