Niestety po tygodniu spędzonym w ekspedycji usłyszałem od pani naczelnik: „Za szybko pracuje!”. Rano obowiązki polegały na wpisywaniu adresatów i numerów listów poleconych do arkuszy z rubrykami. Doręczyciele zabierali je w rejon, adresaci podpisywali na nich odbiór. Pracownice miały swój rytm, a ja go im zaburzałem: kiedy one wypełniały pierwszą listę, ja już zdążyłem zapełnić trzy. „W rejon go dam” – powiedziała naczelniczka i zacząłem roznosić korespondencję, emerytury i gazety. Była kolejna zima stulecia 1986/87, wielu doręczycieli chorowało. Każdego dnia dostawałem więc jakieś zastępstwo. Szybko zostałem mistrzem poczty w napiwkach. Pieniądz się sypał, miałem z tego drugą pensję. Ubierałem się wtedy na czarno, a do kurtki przypinałem radzieckie znaczki propagandowe z metalu. Nie wiedziałem jeszcze, że takie posunięcie Susan Sontag nazywała campem.
Pierwszy napiwek otrzymałem od miłej starszej pani za doręczenie zwykłego listu – i to całe dwieście złotych! Była rozentuzjazmowana: – Dlaczego pan nosi tak dużo radzieckich znaczków, nawet z Leninem?