Kiedy odwiedziłem matkę samobójcy bez zapowiedzi, bo nie miała telefonu, od razu wpuściła mnie do mieszkania. Szybko się wyjaśniło, że „cud opowieści”, jak go dziś nazywam, miał swoje źródło w tym, że przypominałem jej zmarłego syna, młodszego ode mnie o rok, może półtora. Była nawet zawiedziona, że po dwóch godzinach chciałem już wyjść.
Tytuł reportażu o pracy na poczcie brzmiał: Byłem Napoleonem. Wziął się z tego, że gdy wróciłem z trudnego rejonu, powiedziałem na zapleczu, że w tym rejonie mieszkają chyba sami wariaci. Na co pani Marlena (z okienka paczek) stwierdziła: „A pan Mariusz to jak ten Napoleon wśród wariatów”. Tak utarła mi nosa, żebym głupot nie wygadywał. A ja to oczywiście wstawiłem do tekstu.
Spotkanie z sobą dwudziestojednoletnim nie wypada dzisiaj tak źle, bo w „Na Przełaj” miałem już mistrzów. Aldona Krajewska, Danuta Zdanowicz i Jacek Szmidt (potem naczelny „Twojego Stylu”) to byli moi mentorzy w zawodzie przed Małgorzatą Szejnert i Hanną Krall. Pracowałem tam trzy lata – do wiosny 1990 roku, kiedy to w lutym dopuściłem się zdrady małżeńskiej. Czyli napisałem pierwszy reportaż do „Gazety Wyborczej”...