Wyruszyłem o czwartej po południu. Pamiętam, jak szybko góry ogarniał zmierzch, a ja na cały głos śpiewałem modną wtedy frazę z Budki Suflera i Urszuli: „Bladą dłonią świt otrze pot i łzy, koszmar minie, znikną duszne sny...”.
Nie nocowałem u rolników, dajcie spokój! Praca w polu? Byłem mistrzem świata w unikaniu wysiłku fizycznego. Już w przedszkolu najbardziej lubiłem udawać, że jestem biurem.
Trafiłem do stanicy harcerskiej, gdzie akurat kilka dziewczyn biedziło się nad gazetką ścienną. Gazetki ścienne wypluwałem z siebie jak Bronka w Daleko od szosy pestki czereśni.
– Jeśli mi dacie jeść, to wam wymyślę fajne tytuły – zareklamowałem się. Zaraz przyniosły naleśniki z dżemem i zrzuciły się na mój bilet autobusowy.
Trafiłem też do pilarzy w lesie. Byłem spłoszony, ale oni od razu się ucieszyli, że przyszedł miastowy, bo właśnie dołączył do ich brygady stażysta Mirek, co porzucił studia filozoficzne i chciał ścinać drzewa. Nie miał z kim, biedak, pogadać. Mogłem przenocować u niego w baraku na materacu. Mirek był uciekinierem z Wałbrzycha, chciał się ożenić i zostać w Bieszczadach...
Po trzech dniach wróciłem do Ustrzyk – a w kieszeni miałem sto dwadzieścia trzy złote!