Kobieta wyjęła z kieszeni starą grzechotkę z wizerunkiem misia. Potrząsnęła nią i wsunęła ją w drobną dłoń.
– Masz. Dasz ją siostrzyczce. Na pewno się ucieszy.
Chłopiec spojrzał na zabawkę i upuścił ją na ziemię. Spadła w śnieg.
– Nie chcę – powtórzył.
Kobieta podniosła grzechotkę, westchnęła. Wytarła ją o poły płaszcza. Z wyrokami sądu nie szło dyskutować. Chłopiec musiał wrócić do domu rodzinnego. Tak stanowiło prawo.
– Musimy iść – rzuciła szorstko i zrobiła krok do przodu. Szarpnęła za wiotką rączkę. – Zobaczysz, będzie dobrze. Wszystko się ułoży – dodała.
Chłopiec się rozpłakał, ale ruszył za opiekunką. Drobił małymi kroczkami, a pod podeszwami skrzypiał śnieg, dom się zbliżał, rósł, potężniał, pochłaniał jego świat. Nędzny płot, na nim czarne ptaszyska, coś zaszeleściło w chaszczach, w mroku rozbłysły ślepia, może kota, a może jakiegoś potwora. Oplatające chałupę pnącza wyciągały szponiaste paluchy, strach na wróble spoglądał na nich z góry, szczerząc domalowane kły, psy wyły smętnie, żałośnie. Zgrzytnęły zawiasy, ostrzegawczo, bo tam zło przecież, tyle zła, tylko ból i cierpienie.