– Nie chcę – wymamrotał malec, ale kobieta go nie usłyszała albo słyszeć nie chciała. Podeszła pod drzwi. Zapukała. Posłała mu blady uśmiech.
– Zobaczysz. Wszystko się ułoży – powtórzyła, wtedy chłopiec posikał się w majtki.
Zabrzmiała kołysanka, skrzypnęły deski, znów kołysanka. Kroki, gwizd czajnika, płacz niemowlęcia. Klamka. Zgrzyt zawiasów. Ciepło izby.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór.
Chłopiec uniósł głowę. Spojrzał w twarz matki. Trzymała przy piersi opatuloną w koce istotkę i szeroko się do niego uśmiechała. Uśmiech miała brzydki, bezzębny. Ale to nie była jej wina, bo sama sobie tych zębów nie wyrwała, zostały wybite pięściami i trzonkiem od łopaty albo wideł, nie był pewny. Zdjęła mu czapkę, zmierzwiła czuprynę, przytuliła do pokaźnego brzucha, był ciepły i miękki.
– To Rozalka – przedstawiła siostrzyczkę, nachylając się z przyssanym do piersi niemowlęciem. – Czyż nie jest piękna?
Chłopiec pomyślał, że Rozalka nie ma w sobie nic pięknego. Jest małą żarłoczną kreaturą, która tylko je, płacze i brudzi pieluchy. Zawstydził się, bo sam przed chwilą zmoczył majtki. Nikt nie mógł się o tym dowiedzieć.