Przez następny kwadrans siedział przy piecu w zaduchu izby, susząc mokre spodnie, udając, że grzeje zmarznięte stopy i dłonie. Bezzębna matka oprowadzała kobietę po chałupie, pokazywała palcami tu i tam, gestykulowała. Potem usiadły przy herbacie, kobieta wyjęła dokumenty i długopis, podsunęła je matce, a matka je podpisała. Wstały i podały sobie dłonie, kobieta spojrzała na chłopca, powtórzyła, żeby się nie martwił i że wszystko będzie dobrze, potem jeszcze dodała „z Bogiem” i wyszła.
Nastała upiorna cisza. A potem coś trzasnęło w sklepieniu. W krokwiach. Pewnie pnącza, pomyślał chłopiec. To one zaciskają się na chałupie, aby ją zgnieść, zadusić, zrobić z niej miazgę. To miejsce tylko na to zasługuje, na zniszczenie.
Dlaczego nie dokończą dzieła?
Matka przekręciła zamki i zasunęła rygiel. Odwróciła się, pogłaskała córeczkę po czole, wbiła wzrok w siedzącego przy piecu malca. Siedział po turecku, udając, że ich nie widzi. Tak bardzo go kochała…
– Od dziś w tym domu nikt nikogo krzywdzić nie będzie – szepnęła do niemowlęcia, rozkołysała je i nucąc kołysankę sennie ruszyła w kierunku pieca.